Bajkał 2008

“Możesz utracić w życiu wszystko, ale nikt nie zabierze ci tego, co w życiu przeżyłeś i zobaczyłeś”

  • O nas

    Jesteśmy studentami i absolwentami Uniwersytetu Warszawskiego, różnych wydziałów i kierunków, a poza tym członkami Studenckiego Klubu Górskiego. Więcej informacji w dziale "Uczestnicy":)

  • Wyprawa w skrócie

    Miejsce: Warszawa - Brześć - Moskwa - Bajkał, i z powrotem
    Czas: 05.07 - 03.08
    Oczywiście więcej w dziale "Plan wyprawy".

  • Archiwum:

  • Kategorie

  • Meta

  • Linki

  • statystyka
8
sierpnia 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 0:18 | Brak Komentarzy »

Skoro udało nam się szczęśliwie wrócić, to powoli zaczynamy zajmować się typowymi czynnościami powyprawowymi, czyli katalogowaniem zdjęć i spisywaniem relacji. Oczywiście idzie nam to z różną prędkością;) ale pierwsze owoce już są. Tak więc póki co zapraszamy do dwóch galerii:

Moje zdjęcia:

Zdjęcia Pawła:

4
sierpnia 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Janek Mazur o 2:34 | Brak Komentarzy »

“Bocian, Bocian… jak on może to my też możemy”

Ten cytat oddaje nasze nastroje, gdy po przekroczeniu odprawy granicznej w Brześciu i przejechaniu na tę Bugu stronę ujrzeliśmy swojskiego boćka na przytorowych polach. Brześć opuściliśmy z radością, jednak nie była to wina samego miasta, to bowiem okazało się być bardzo przyjazne, a nawet ładne, zupełnie różne od wyobrażenia “zapuszczonej Białorusi”. Ulice po których poruszaliśmy się były zawsze czyste, ozdobione fontannami, budynki zaś odnowione. W pobliskim parku obchodzono hucznie święto kolejarza. Również twierdza brzeska, którą zwiedzaliśmy, była odnowiona. Brześć wspominamy zatem jako jedno z ładniejszych miast na trasie naszej podróży. Jednak nawet uroki Brześcia nie były nas w stanie powstrzymać przed powrotem.

O 22:37 pociąg zajechał na dworzec Warszawa Centralna i po miesiącu wspólnej podróży przyszło nam się rozstać. Cóż można powiedzieć w takich chwilach? - Następy wyjazd już za rok - a gdzie? - To się jeszcze okażę.

Z ogłoszeń parafialnych: akcja przeglądamy zdjęcia i wrzucamy na serwery trwa. Jak tylko osiągniemy znaczne sukcesy na tym polu, linki pojawią się gdzieś tutaj.

JM

2
sierpnia 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 19:09 | Brak Komentarzy »

Witamy, tym razem piszemy z jednego z moskiewskich hosteli, gdzie w pospiechu pakujemy ostatnie rzeczy. Jutro czeka nas juz Bialorus, a tam zwiedzanie twierdzy w Brzesciu (troche nielegalnie, bo nasza tranzytowa wiza teoretycznie nie uprawnia nas do oddalania sie od dworca, no ale kto by wytrzymal na nim 6 godzin?), wieczorem bedziemy juz w Warszawie, a nastepnego dnia rano nawet w Szczecinie;)

Moskwa znowu deszczowa, wiec zdanie o niej mamy juz utarte. A dzisiaj zaliczylismy kilka najbardziej znanych miejsc, m.in. mauzoleum Lenina, ktore jest chyba najdziwniejszym pomyslem, na jaki mozna wpasc, zeby “uhonorowac” zmarlego. Tlum turystow najpierw zaganiany jest przez bramki z wykrywaczem metalu, gdzie bezwzglednie trzeba pozbyc sie wszelkiego sprzetu fotograficznego lacznie z tym z telefonow komorkowych. Pozniej w ekspresowym tempie wchodzi do piwniczki gdzie Lenin lezy w centralnym miejscu (a wlasciwie to co z niego zostalo - ponoc w zwiazku z tym ze natura jednak nie poddaje sie i dazy do naturalnego rozkladu ciala, wraz z uplywem czasu jest on coraz szczelniej ubierany. Juz teraz jedna z dloni, sila rzeczy, musi byc zlozona w piesc). Do tego jeszcze straznik co kilka metrow pilnujacy zelaznej dyscypliny. Na przyklad tempa marszu - gdy z Pawlem na chwile zwolnilismy od razu zostalismy pogonieni. Ale bylo to malutkie wykroczenie w porownaniu z trzymaniem rak w kieszeniach, czego dopuscil sie jeden z towarzyszacych nam turystow. Dla rownowagi za to kolejny jak tylko zobaczyl Lenina wyprostowal sie i zaczal bic mu poklony. Istny folwark.

Potem pojechalismy jeszcze obejrzec moskiewski uniwersytet. Okazuje sie, ze miasteczko studenckie po rosyjsku rozni sie troche od tego polskiego: zapewne wiekszosc wydzialow skupiona jest w jednym molochu przypominajacym nasz Palac Kultury. Chyba jednak wolimy rodzime rozwiazania.

Ale i tak punktem wieczoru (jak zwykle) okazala sie wieczorna wizyta w knajpie;) I tym pozytywnym akcentem zakonczymy przygode z imperium, jutro mamy nadzieje obudzic sie juz w Bialorusi. A stamtad juz tylko krok do domu. Tak wiec finalnie: do uslyszenia juz stamtad;)

31
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 16:37 | Brak Komentarzy »

Wlasnie minelismy slup wyznaczajacy podzial miedzy Azja i Europa. A poza tym wszystko po staremu, jak to w kolei. Do uslyszenia z Moskwy!

29
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 6:50 | 1 Komentarz »

“Chyba cieplej?” - zapytalismy, no bo jaka inna mogla byc nasza reakcja? “Dobrze slyszycie, podczas remontu robotnicy uszkodzili jedna z rur, tak wiec zostal sam wrzatek” - upewnila nas, jednoczesnie smiejac sie swym donosnym glosem, pani Tola, kierowniczka jednego z akademikow Politechniki Irkuckiej, gdzie dotarlismy wczoraj, i skad dzis odjezdza nasz powrotny pociag transsyberyjski.

A goraca kapiel, owszem, mamy juz za soba. No ale po kolei, bo tych wydarzen sie nam troche nagromadzilo.

Pierwszym z dwoch najwiekszych nadbajkalskich miast, ktore odwiedzilismy bylo Ulan Ude (stamtad tez pochodzi jedna z naszych notek). Dotarlismy tam zaraz po trekkingu w Chamar Dabanie, niesamowicie wymeczeni nie tylko skumulowanym wysilkiem podczas chodzenia po gorach, ale tez niewiele ponad 5-godzinnym noclegiem w 30-stopniowej duchocie, bo dokladnie tyle trwa i w takie warunki oferuje dojezdzajacy do tego miasta pociag. Co prawda planowalismy jeszcze tego samego wieczora przejazd do Iwolginska ze wszystkimi tobolami i nocleg pod namiotami gdzies w tamtych rejonach, ale wobec zastalych okolicznosci zdecydowalismy sie zmienic plany - znalezc nocleg w Ulan Ude, a do Iwolginska wybrac sie “na lekko”. Tyle, ze wedle przewodnikow “tutejsza baza noclegowa, zwlaszcza ta niedroga, jest nad wyraz uboga”.

Nic nie zapowiadalo jednak tego ubostwa, bo mielismy namiar na hostel o dumnej nazwie “Baikal International Hostel”. Po przyjsciu pod wskazany adres znalezlismy jednak budynek bez zadnych oznaczen, za to z dwoma wejsciami. Wchodzimy do lewego - pani z recepcji odeslala nas na prawo. Wchodzimy wiec na prawo, tam kaza zapytac sie z lewej. W koncu jednak obydwie panie dogadaly sie i zadzwonily po naczelnika.

Naczelnikiem okazala sie byc Irina, sympatyczna pani o azjatyckich rysach. Co prawda miejscowy hostel byl fikcja, ale za to pod wskazanym adresem miescily sie akademiki. Tyle tylko, ze aby w nim przenocowac trzeba miec zgode kierownictwa, ktore w niedziele - a akurat tego dnia trafilismy w to miejsce - nie pracuje.

Trzeba bylo wiec szukac innego miejsca. Z tym mielismy juz troche latwiej, bo pani Irina okazala sie byc bardzo pomocna i zadzwonila po Pasze, swojego meza, aby nastepnego miejsca noclegu szukac juz objezdzajac Ulan Ude samochodem. Tomek z Jankiem S. wsiedli wiec pospiesznie do niego i ruszyli.

Pierwszym naszym celem bylo schronisko mlodziezowe, ktorego adres podany byl w przewodniku. Kiedy dotarlismy na miejsce cala historia powtorzyla sie - w budynku, owszem, dzialal sklep i fryzjer, ale nic ponadto. Pozdrawiamy wydawnictwo Bezdroza ;)

Wrocilismy wtedy z Pasza z powrotem do akademika. Mielismy sporo szczescia, bo dzieki pracy w akademiku Irina miala troche znajomych wsrod pracownikow innych tego typu instytucji. W koncu z pomoca jednego z nich udalo sie nam znalezc nocleg - w akademiku wydzialu pedagogiki. Musze przyznac, ze syberyjscy studenci wcale nie maja gorszych warunkow niz ci z warszawskich Zwirki i Wigury;)

Na tym nie koniec milych akcentow ze strony Iriny i Paszy. W trakcie rozmowy Pasza powiedzial nam, ze jest prawnikiem, zostawil nam swoj numer telefonu i kazal dzwonic w sytuacji, gdy bedziemy miec problemy, np. z policja. My zrewanzowalismy sie kilkoma podarkami z Polski (przed wyjazdem zdecydowalismy, zeby kazdy wzial po jednym, aby bylo czym podziekowac pomocnym ludziom, jakich spotkamy po drodze), oraz wspolnym zdjeciem.

Po drodze ogladalismy kilka osobliwosci Ulan Ude, m.in. gigantyczna glowe Lenina (swoja droga, najwieksza na swiecie):

Nastepnego dnia wyruszylismy do wspomnianego Iwolginska, najsilniejszego osrodka buddyzmy w tym rejonie. Powstal on zaraz po drugiej wojnie swiatowej, kiedy to Stalin, z uwagi na zaslugi osob tego wyznania w walce z faszyzmem, zgodzil sie na powstanie pierwszego w Rosji dacanu:

Nastepnego dnia czekal nas przejazd na plw. Swiety Nos, aby przez kilka dni polezec na nadbajkalskich plazach. Dojazd jest troche skomplikowany - najpierw trzeba dojechac do Ust-Barguzin, ponad 200km po szutrowych drogach w kiepskim stanie, a potem ok. 20km do Glinki - na sam polwysep, juz po prawdziwych bezdrozach. Pierwszy odcinek jest dosc latwy logistycznie, bo jezdzi tam nawet kursowy
autobus, znacznie trudniej - i relatywnie sporo drozej -  zlapac cos na kolejny.

Na szczescie juz dwa dni wczesniej dogadalismy sie z Sasza, jednym z kierowcow marszrutek (wschodnia odmiana malych busikow), ze za 4500 rubli od calej grupy zawiezie nas na miejsce, i to do samej Glinki. Umowilismy sie z nim na dworcu autobusowym o 7:30, zeby byc ubezpieczonym od ewentualnego nieprzybycia Saszy i zdazyc zlapac kursowy autobus do Ust-Barguzin.

No i Sasza rzeczywiscie nie przybyl. Zadzwonilismy do niego po odczekaniu zwyczajowego akademickiego kwadransu, ale jego glos wskazywal, ze wlasnie sie obudzil. W kursowym autobusie nie bylo juz dla nas miejsca, pozostalo wiec szukanie innej marszrutki. Nic nie wskazywalo na niepowodzenie, bo dworzec az sie roil od tych samochodzikow.

I rzeczywiscie, juz pierwszy kierowca ochoczo zgodzil sie nas przewiezc. To co wydarzylo sie jednak pozniej pokrzyzowalo nam plany.

Do naszego rozmowcy podszedl nieznany nam jeszcze czlowiek i zaczal krzyczec na kierowce, tlumaczac mu, ze nie moze nas wziac. Nie za ta cene. Nastepna oferta byla jak z ksiezyca. Szybko wiec zrezygnowalismy i poszlismy do kolejnych kierowcow. Jak cien towarzyszyl nam jednak boss, jakim to terminem okreslilismy nieznajomego, a potulni kierowcy od razu bledli i na nasze pytania o cene niesmialo wskazywali na bossa mamroczac “z nim rozmawiajcie”.

A boss tez zlozyl nam propozycje - 500 rubli od osoby za sam dojazd do Ust-Barguzina. I skutecznie zniechecal innych kierowcow od zlozenia nam lepszej.

My oczywiscie sie oburzylismy i odmowilismy. Odczekalismy 10 minut, po ktorych boss pojechal wraz ze swym autobusem i szukalismy dalej. Zastraszeni kierowcy jednak nie odwazyli sie nas zabrac. Trudno, stwierdzilismy, ze poszukamy szczescia na innym dworcu, gdzie “jeszcze nas nie znaja”. Wybrac sie tam postanowili Pawel z Madziara.

Na kogo mogli tam trafic, jak nie na bossa? Wobec braku innej mozliwosci i perspektywy kolejnego dnia w Ulan Ude zdecydowalismy sie przystac na propozycje. W autobusie nie bylo jednak juz miejsc, wiec boss zadzwonil po “zaprzyjaznionego kierowce”. Okazal sie nim byc… nasz pierwszy rozmowca tego ranka.

Po przyjezdzie do Ust-Barguzin mielismy jednak szczescie, ktore po prostu tamtejszy dzien byl nam winien;) Spotkalismy traktorzyste, ktory jechal do Glinki i zgodzil sie nas zabrac na stopa. Przejazd bezdrozami z “otwartym dachem” byl calkiem przyjemny, zwlaszcza w porownaniu z pieszym przejsciem tego odcinka z ciezkimi plecakami:)

A polwysep okazal sie byc miejscowa Riviera, z mnostwem pieknych plaz. Tak wiec oprocz jednego dnia, ktory poswiecilismy na zdobycie Glinki (ponad 1400m przewyzszenia, wiec bylo sie na co wspinac), porzadnie tam wypoczelismy, czas urozmaicajac sobie jedzeniem omuli i budowa parawanu z kamienia, ktory w krotkim czasie przeobrazil sie w prawdziwa twierdze z pomieszczeniem kuchennym, salonem, i sciezka nad jezioro;)

No a dzis jestesmy juz w Irkucku, skad za 2 godziny odjezdza nasz pociag z powrotem do Moskwy. Stamtad postaramy sie napisac kolejna relacje, no i w koncu wrzucic zalegle fotki z Chamar Dabanu!

26
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 15:38 | Brak Komentarzy »

Wlasnie dobiegly konca nasze 3 dni na upalnych bajkalskich plazach. W koncu mozemy uznac nasza wyprawe za pelnoprawny pobyt nad Bajkalem - udalo nam sie zjesc omula, tutejsza endemiczna rybe. Z pomoca w tym przyszli nam miejscowi rybacy, ktorzy odwiedzili nas w naszym “obozie” i pomogli nam ja przyrzadzic wedle swoich receptur. Trwalo to potwornie dlugo, pewnie z 1.5h, ale po tym omul byl na tyle wypieczony, ze jadlo sie go razem z oscmi, takie byly kruche. Szczerze polecamy;) A jutro z powrotem bedziemy w Sludiance, a stamtad czeka nas przejazd malownicza magistrala krugobajkalska.

23
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 21:15 | Brak Komentarzy »

Biwakujemy juz na plw. Sw. Nos, na ktory dotarlismy wczoraj wieczorem. Sam dojazd dostarczyl nam sporo wrazen, historia ta jednak nie zmiesci sie w smsach i musi poczekac na kafejke. Na szczescie wszystko zakonczylo sie happy endem i ostatni, 20km odcinek po prawdziwych bezdrozach pokonalismy jadac zlapanym na stopa traktorem. Tak wiec zazywamy teraz kapieli w cieplym Bajkale, a jutro planujemy zdobyc najwyzsza gore polwyspu, Glinke.

21
lipca 2008

Siedzimy wlasnie w kafejce w Ulan Ude, niestety nie mamy mozliwosci umieszczenia zdjec. Dlatego bedzie tylko sucha opowiesc;)

Przedwczoraj zakonczylismy trekkingowa czesc naszego wyjazdu. Historia zatoczyla pelne kolo, bo wrocilismy do Sludianki, z ktorej zaczynalismy, spalismy dokladnie w tym samym miejscu co pierwszego dnia, a rano robiac zakupy w miejscowym sklepie spotkalismy tych samych Polakow z ktorymi jechalismy Koleja Transsyberyjska.

Z jednym malym wyjatkiem - tym razem gdy wstalismy, okazalo sie, ze miejsce naszego noclegu to po prostu wielkie pastwisko. Na szczescie miejscowy pastuch nie mial do nas zadnych pretensji o czasowe zagospodarowanie jego terenu, co wiecej, od razu stwierdzil, ze drewno na opal, ktorego uzywamy, jest miernej jakosci i zaczal przynosic nam “lepsze”. Szybko sie wiec zaprzyjaznilismy z Pietrucha, jak kazal na siebie mowic pastuch. Po chwili jednak zdecydowal sie wykorzystac tak szybko nawiazana znajomosc i spytal sie, czy zajmiemy sie krowami przez dwie godziny, bo on w tym czasie musi isc do sklepu. Na nasze pytanie “na czym polega zajmowanie sie krowami”, Pietrucha machnal reka i westchnal “one i tak tylko leza”.

A pozniej Madziara z Jankiem biegali po calym pastwisku i zaganiali rozpiechrzajace sie krowy.

No ale wrocmy kilka dni wczesniej, do samego trekkingu. Juz pierwszego dnia spotkalismy na szlaku dwojke studentow z Warszawy. Co za czasy - kiedys Polakow sila tu wywozili, a teraz sami sie pchaja na Syberie. Agnieszka i Tomek planowali co prawda przejsc nieco wiecej tamtego dnia, ale po spotkaniu nas z rozbitymi namiotami zdecydowali sie rowniez zostac. No ale zaraz potem rozpadal sie deszcz i tyle bylo z naszego spotkania.

Deszcz towarzyszyl nam jeszcze nastepnego dnia. Ale wystarczylo, zebysmy wyszli na polozone wyzej, poloninne tereny i wszystko sie zmienilo. Po zdobyciu Piku Czerskiego, przez kilka nastepnych dni wedrowalismy duzo powyzej granicy lasu i napawalismy sie niesamowitymi widokami - gdzie nie spojrzec, w kazda strone po horyzont gory, a w oddali zza niektorych wylanial sie Bajkal. Na razie mozemy tylko, wzorem radiowych komentatorow sportowych, powiedziec “szkoda, ze Panstwo tego nie widzieli!”, ale jak trafimy do jakiejs lepszej kafejki to pokazemy co nieco.

O komarach nie ma co wiecej pisac, bo jedna z poprzednich notek wyczerpala temat. Tak wiec byly, i tyle.

A dzis juz drugi dzien regenerujemy sie w Ulan Ude. Poznalismy bardzo pomocnych ludzi, dzieki ktorym udalo nam sie znalezc nocleg, no ale o tym napiszemy przy najblizszej okazji. A jutro z samego rana wyjezdzamy na polwysep Sw. Nos, aby tym razem byczyc sie na bajkalskich plazach. Przez kolejnych kilka dni.

18
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 9:44 | Brak Komentarzy »

..nie chodzi tu bynajmniej o liczbe zdobytych przez nas dzisiaj szczytow. 10 to dotychczasowy rekord, ustanowiony przez dlon Tomka i kolano Janka, w ilosci zabitych komarow za pomoca jednego uderzenia. To dosc dobrze opisuje chmary, jakie nas dopadly chwile po tym jak pochwalilismy tutejsze gory pod tym wzgledem.
Przez kilka poprzednich dni wedrowalismy po chamardabanskich poloninach, lecz nasz czas w tym pasmie dobiega powoli konca. Jutro planujemy byc juz w Sludiance i zjesc pierwszy od przeszlo tygodnia normalny, knajpiany obiad. Byc moze uda nam sie znalezc dostep do internetu i uraczyc Was kilkoma tutejszymi widokami.

13
lipca 2008
Wpisane w kategorii Bez kategorii przez Tomek Weksej o 18:42 | 1 Komentarz »

Wlasnie siedzimy na Piku Czerskiego, najwyzszym szczycie na trasie naszej wyprawy i pierwszym miejscu zasobnym w zasieg od kilku dni. Tutejsze gory rzeczywiscie obfituja w deszcze, ale poki co na pewno nie w komary i niedzwiedzie. A arsenal obronny czeka gotowy do uzycia..
Do uslyszenia z nastepnych szczytow!