“Chyba cieplej?” - zapytalismy, no bo jaka inna mogla byc nasza reakcja? “Dobrze slyszycie, podczas remontu robotnicy uszkodzili jedna z rur, tak wiec zostal sam wrzatek” - upewnila nas, jednoczesnie smiejac sie swym donosnym glosem, pani Tola, kierowniczka jednego z akademikow Politechniki Irkuckiej, gdzie dotarlismy wczoraj, i skad dzis odjezdza nasz powrotny pociag transsyberyjski.
A goraca kapiel, owszem, mamy juz za soba. No ale po kolei, bo tych wydarzen sie nam troche nagromadzilo.
Pierwszym z dwoch najwiekszych nadbajkalskich miast, ktore odwiedzilismy bylo Ulan Ude (stamtad tez pochodzi jedna z naszych notek). Dotarlismy tam zaraz po trekkingu w Chamar Dabanie, niesamowicie wymeczeni nie tylko skumulowanym wysilkiem podczas chodzenia po gorach, ale tez niewiele ponad 5-godzinnym noclegiem w 30-stopniowej duchocie, bo dokladnie tyle trwa i w takie warunki oferuje dojezdzajacy do tego miasta pociag. Co prawda planowalismy jeszcze tego samego wieczora przejazd do Iwolginska ze wszystkimi tobolami i nocleg pod namiotami gdzies w tamtych rejonach, ale wobec zastalych okolicznosci zdecydowalismy sie zmienic plany - znalezc nocleg w Ulan Ude, a do Iwolginska wybrac sie “na lekko”. Tyle, ze wedle przewodnikow “tutejsza baza noclegowa, zwlaszcza ta niedroga, jest nad wyraz uboga”.
Nic nie zapowiadalo jednak tego ubostwa, bo mielismy namiar na hostel o dumnej nazwie “Baikal International Hostel”. Po przyjsciu pod wskazany adres znalezlismy jednak budynek bez zadnych oznaczen, za to z dwoma wejsciami. Wchodzimy do lewego - pani z recepcji odeslala nas na prawo. Wchodzimy wiec na prawo, tam kaza zapytac sie z lewej. W koncu jednak obydwie panie dogadaly sie i zadzwonily po naczelnika.
Naczelnikiem okazala sie byc Irina, sympatyczna pani o azjatyckich rysach. Co prawda miejscowy hostel byl fikcja, ale za to pod wskazanym adresem miescily sie akademiki. Tyle tylko, ze aby w nim przenocowac trzeba miec zgode kierownictwa, ktore w niedziele - a akurat tego dnia trafilismy w to miejsce - nie pracuje.
Trzeba bylo wiec szukac innego miejsca. Z tym mielismy juz troche latwiej, bo pani Irina okazala sie byc bardzo pomocna i zadzwonila po Pasze, swojego meza, aby nastepnego miejsca noclegu szukac juz objezdzajac Ulan Ude samochodem. Tomek z Jankiem S. wsiedli wiec pospiesznie do niego i ruszyli.
Pierwszym naszym celem bylo schronisko mlodziezowe, ktorego adres podany byl w przewodniku. Kiedy dotarlismy na miejsce cala historia powtorzyla sie - w budynku, owszem, dzialal sklep i fryzjer, ale nic ponadto. Pozdrawiamy wydawnictwo Bezdroza
Wrocilismy wtedy z Pasza z powrotem do akademika. Mielismy sporo szczescia, bo dzieki pracy w akademiku Irina miala troche znajomych wsrod pracownikow innych tego typu instytucji. W koncu z pomoca jednego z nich udalo sie nam znalezc nocleg - w akademiku wydzialu pedagogiki. Musze przyznac, ze syberyjscy studenci wcale nie maja gorszych warunkow niz ci z warszawskich Zwirki i Wigury;)
Na tym nie koniec milych akcentow ze strony Iriny i Paszy. W trakcie rozmowy Pasza powiedzial nam, ze jest prawnikiem, zostawil nam swoj numer telefonu i kazal dzwonic w sytuacji, gdy bedziemy miec problemy, np. z policja. My zrewanzowalismy sie kilkoma podarkami z Polski (przed wyjazdem zdecydowalismy, zeby kazdy wzial po jednym, aby bylo czym podziekowac pomocnym ludziom, jakich spotkamy po drodze), oraz wspolnym zdjeciem.
Po drodze ogladalismy kilka osobliwosci Ulan Ude, m.in. gigantyczna glowe Lenina (swoja droga, najwieksza na swiecie):
Nastepnego dnia wyruszylismy do wspomnianego Iwolginska, najsilniejszego osrodka buddyzmy w tym rejonie. Powstal on zaraz po drugiej wojnie swiatowej, kiedy to Stalin, z uwagi na zaslugi osob tego wyznania w walce z faszyzmem, zgodzil sie na powstanie pierwszego w Rosji dacanu:
Nastepnego dnia czekal nas przejazd na plw. Swiety Nos, aby przez kilka dni polezec na nadbajkalskich plazach. Dojazd jest troche skomplikowany - najpierw trzeba dojechac do Ust-Barguzin, ponad 200km po szutrowych drogach w kiepskim stanie, a potem ok. 20km do Glinki - na sam polwysep, juz po prawdziwych bezdrozach. Pierwszy odcinek jest dosc latwy logistycznie, bo jezdzi tam nawet kursowy
autobus, znacznie trudniej - i relatywnie sporo drozej - zlapac cos na kolejny.
Na szczescie juz dwa dni wczesniej dogadalismy sie z Sasza, jednym z kierowcow marszrutek (wschodnia odmiana malych busikow), ze za 4500 rubli od calej grupy zawiezie nas na miejsce, i to do samej Glinki. Umowilismy sie z nim na dworcu autobusowym o 7:30, zeby byc ubezpieczonym od ewentualnego nieprzybycia Saszy i zdazyc zlapac kursowy autobus do Ust-Barguzin.
No i Sasza rzeczywiscie nie przybyl. Zadzwonilismy do niego po odczekaniu zwyczajowego akademickiego kwadransu, ale jego glos wskazywal, ze wlasnie sie obudzil. W kursowym autobusie nie bylo juz dla nas miejsca, pozostalo wiec szukanie innej marszrutki. Nic nie wskazywalo na niepowodzenie, bo dworzec az sie roil od tych samochodzikow.
I rzeczywiscie, juz pierwszy kierowca ochoczo zgodzil sie nas przewiezc. To co wydarzylo sie jednak pozniej pokrzyzowalo nam plany.
Do naszego rozmowcy podszedl nieznany nam jeszcze czlowiek i zaczal krzyczec na kierowce, tlumaczac mu, ze nie moze nas wziac. Nie za ta cene. Nastepna oferta byla jak z ksiezyca. Szybko wiec zrezygnowalismy i poszlismy do kolejnych kierowcow. Jak cien towarzyszyl nam jednak boss, jakim to terminem okreslilismy nieznajomego, a potulni kierowcy od razu bledli i na nasze pytania o cene niesmialo wskazywali na bossa mamroczac “z nim rozmawiajcie”.
A boss tez zlozyl nam propozycje - 500 rubli od osoby za sam dojazd do Ust-Barguzina. I skutecznie zniechecal innych kierowcow od zlozenia nam lepszej.
My oczywiscie sie oburzylismy i odmowilismy. Odczekalismy 10 minut, po ktorych boss pojechal wraz ze swym autobusem i szukalismy dalej. Zastraszeni kierowcy jednak nie odwazyli sie nas zabrac. Trudno, stwierdzilismy, ze poszukamy szczescia na innym dworcu, gdzie “jeszcze nas nie znaja”. Wybrac sie tam postanowili Pawel z Madziara.
Na kogo mogli tam trafic, jak nie na bossa? Wobec braku innej mozliwosci i perspektywy kolejnego dnia w Ulan Ude zdecydowalismy sie przystac na propozycje. W autobusie nie bylo jednak juz miejsc, wiec boss zadzwonil po “zaprzyjaznionego kierowce”. Okazal sie nim byc… nasz pierwszy rozmowca tego ranka.
Po przyjezdzie do Ust-Barguzin mielismy jednak szczescie, ktore po prostu tamtejszy dzien byl nam winien;) Spotkalismy traktorzyste, ktory jechal do Glinki i zgodzil sie nas zabrac na stopa. Przejazd bezdrozami z “otwartym dachem” byl calkiem przyjemny, zwlaszcza w porownaniu z pieszym przejsciem tego odcinka z ciezkimi plecakami:)
A polwysep okazal sie byc miejscowa Riviera, z mnostwem pieknych plaz. Tak wiec oprocz jednego dnia, ktory poswiecilismy na zdobycie Glinki (ponad 1400m przewyzszenia, wiec bylo sie na co wspinac), porzadnie tam wypoczelismy, czas urozmaicajac sobie jedzeniem omuli i budowa parawanu z kamienia, ktory w krotkim czasie przeobrazil sie w prawdziwa twierdze z pomieszczeniem kuchennym, salonem, i sciezka nad jezioro;)
No a dzis jestesmy juz w Irkucku, skad za 2 godziny odjezdza nasz pociag z powrotem do Moskwy. Stamtad postaramy sie napisac kolejna relacje, no i w koncu wrzucic zalegle fotki z Chamar Dabanu!
You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.
1 komentarz:
sierpień 11th, 2008 o 23:32
Tą flagę zostawiła nasza siedmioosobowa ekipa! Fajnie ją zobaczyć! Szkoda tylko że ktoś ją tak załatwił i nawet nie widać naszych podpisów… Pozdrawiam!














